Witajcie moi Drodzy ;). Wprawdzie odcinek już kilka dni temu był gotowy, ale jakoś nie mogłam się zebrać do publikacji go. Cieszę się za to, że spodobał Wam się "Przegrany". Jakoś tak mam, że pierwszego dnia choroby zawsze mam totalnego doła i jeśli mam być szczera, po prostu wyładowałam na tym opowiadaniu swoje emocje. I tak, poprawiło mi się potem. Część z Was chciała, żebym rozwinęła to opowiadanie, więc tak: niczego nie obiecuję. Mogę powiedzieć na pewno tylko tyle, że zastanowiłam się nad tym i coś tam nawet zaczęłam, ale to i tak będzie nie więcej niż dwa dodatkowe odcinki. Zobaczę, co mi będzie z tego wychodziło. Jeśli będę usatysfakcjonowana wynikiem, z pewnością to dla Was opublikuję ;).
I wiecie? Tak sobie słucham muzyki i chyba dopiero teraz dociera do mnie, jak powstają moje opowiadania. Przynajmniej w większości. Fakt, że czasami wpadnie mi do głowy jakaś sytuacja (jak było np. z Zależnościami i uzależnieniami; scenka, gdy ochlapany wodą z kałuży Tom opiernicza od góry do dołu Billa, po czym dowiaduje się, że ma on być jego pracodawcą), ale cała akcja tocząca się w opowiadaniach wcale nie jest głównym powodem ich powstania. Kieruję się emocjami. Kiedy czuję silne emocje, próbuję je nazwać - odnajduję ich źródło i sytuację, w jakiej mogą powstać - ot cała filozofia.
Dziwne prawda? I że też doszłam do takich wniosków walcząc od dwóch dni z morderczym bólem głowy. Nie znam się na migrenach i nie-migrenach, ale (wybaczcie słownictwo) ku*wi tak niesamowicie, że poprzedniego wieczoru kładłam się ze łzami bólu spać. Nie wiem, jak zasnęłam nie pytajcie...
Gash, ale ja się dziś rozpisałam ;3. Już Wam nie marudzę xD. Czytajcie sobie miło i swobodnie, a potem mam nadzieję, że zostawicie po sobie jakąś opinię. Wszystko jak zwykle się mąci i jak zwykle nikt nie wie, o co chodzi, ale to chyba znak rozpoznawczy tego opowiadania xD.
Pozdrawiam serdecznie z sesyjnym nastrojem beznadziejności dnia kolejnego.
Wasza Czokoladka ;).
P.S. Dziękuję, że jesteście :).
9.
Kiedy wróciłem do mieszkania, gdyby
nie liczyć cicho włączonego telewizora, przed którym siedział Bill, panowała
tam całkowita cisza. Tom natomiast, jak szybko się zorientowałem, krzątał się
po kuchni i kończył rozkładać naczynia na stole. Wszędzie pachniało domowym
obiadem, ale chociaż byłem głodny, miałem przeczucie, że coś jest nie w
porządku. Może to tylko moje przewrażliwienie, które ostatnimi czasy nie mnie
opuszczało, ale jak wytłumaczyć to, że mój chłopak praktycznie nie zareagował
na mój powrót? Wiedziałem przecież, kto wypuścił go z pokoju. Zresztą od kiedy
ten osobnik uświadomił mnie o pewnym fakcie, byłem nieco poirytowany. Nie do
końca miałem pojęcie o tym, co się wtedy wydarzyło, bo kiedy usłyszałem tamte
słowa od dredziarza, naprawdę nie chciałem nic więcej, tylko dopilnować, aby
nigdy więcej nie zbliżył się do mojego chłopaka. Ale skoro Bill również unikał
kontaktów z nim, coś musiało być na rzeczy. Wkurzałem się dziś pół dnia tym, że
mój przyjaciel wraca o kilka długich godzin wcześniej niż ja. Nie potrafiłem jednak
nic wywnioskować z atmosfery, która panowała teraz między nimi i irytowało mnie
to. Co tu się dzieje…?
- Bill? – odezwałem się w końcu,
podchodząc do kanapy, na której siedział. Spojrzał na mnie na moment przez
ramię z ledwo widocznym uśmiechem i znów utkwił wzrok w telewizorze.
- Co jest?
- No… właśnie chciałem o to zapytać
– stwierdziłem znacząco. – Sorry, że cię zamknąłem, nie pomyślałem…
- Jakoś to przeżyłem – urwał krótko.
To było podejrzane. Bardzo
podejrzane. Normalnie oberwałoby mi się jeszcze w drzwiach. Czarny wypalałby we
mnie dziury swoim wściekłym wzrokiem, a na chwilę obecną traktował mnie prawie
jak powietrze.
- Podano do stołu! – rozległo się z
kuchni. Spojrzałem niepewnie w tamtym kierunku. Czy ja aby nie pomyliłem drzwi?
Albo może trafiłem do jakiejś równoległej rzeczywistości i tym razem to ja
jestem tym trzecim. Skrzywiłem się na tę myśl. Nie, to niemożliwe. Podniosłem
się z kanapy, a Bill, choć niechętnie, podążył za mną. Usiadł z daleka od Toma,
zresztą ostatnio cały czas to robił, ale nawet na mnie nie spojrzał, no!
- Coś mnie ominęło? – zapytałem
wreszcie zniecierpliwiony. Mój kumpel akurat nakładał sobie żarcie na talerz,
ale zerknął na mnie przez chwilę. Nie było po nim widać, żeby coś ukrywał.
- Co na przykład? Chyba tylko bieg
Billa z pokoju do łazienki, gdy wróciłem i go uwolniłem. Wiesz, mogłeś zostawić
mu chociaż jakiś nocnik – zażartował sobie, na co ja zmrużyłem groźnie oczy.
Cholernik jeden, myśli sobie, że będzie ze mnie kpił?! Z drugiej strony… Może
coś w tym jest? Może mój chłopak jest na mnie zły i dlatego się tak zachowuje?
Jakkolwiek to do niego niepodobne.
- Skoro tak… - mruknąłem w końcu,
również nakładając sobie obiadu. – Smacznego – rzuciłem jeszcze, na moment
zatrzymując wzrok na czarnowłosym. To jakaś nowa odmiana złości u niego, ale
nic. Pewnie mu przejdzie, nie? Zamierzałem być w tym celu dla niego bardzo
milutkim i uczynnym. Jak mój Billy mógłby mi nie wybaczyć?
Kiedy już było po wszystkim,
naprawdę miałem ochotę umrzeć. Nie mogłem uwierzyć, że tak perfidnie zdradziłem
Andreasa po wszystkim, co on dla mnie zrobił. Z tego wszystkiego nawrzeszczałem
jeszcze na Toma. Jakkolwiek obaj tego chcieliśmy, to nigdy nie powinno było się
wydarzyć. Gdy już się ogarnąłem, wróciłem do kuchni, żeby dokończyć swoją część
obiadu i zostawić resztę do dokończenia dredziarzowi. Niemniej po powrocie
platynowego, nie miałem odwagi spojrzeć mu w oczy. Co miałem teraz zrobić…?
Wciąż czułem te cholerne łapska na swoim ciele, jego język i jeszcze TO w sobie.
Przeżyłem najlepszy seks w życiu z przyjacielem swojego chłopaka, a teraz
miałem udawać, że nic się nie stało. Jak długo? Do następnego razu? Andreas nas
wypatroszy, byłem tego pewien tak samo, jak tego, że jeśli wciąż będziemy tu
razem mieszkać, dzisiejszy dzień będzie się powtarzał. Uh, nie jestem grzecznym
chłopcem. A Tom to już w ogóle bandyta jest!
Gdy już zjedliśmy bandyta się
ewakuował. Z jednej strony to lepiej, przynajmniej nie strzelałem buraka na
jego widok, ale z drugiej… ZOSTAWIŁ MNIE SAMEGO Z ANDREASEM! A przecież on
będzie chciał ze mną rozmawiać i co ja zrobię? Rozbeczę się zaraz. Uh, Bill,
ogarnij się. Przeżyjesz to jakoś! Potrafiłeś dać dupy, to teraz poradzisz sobie
ze stawieniem czoła rzeczywistości!
- Bill? – odezwał się do mnie platynowy,
a ja podskoczyłem, jak poparzony. Nieee, ja nie chcę! Wdech, wydech, wdech,
spojrzenie, odwrócenie wzroku, wydech.
- Hm?
- Naprawdę przepraszam, nie wiem, co
mnie napadło, żeby zamknąć cię w tym pokoju – stwierdził, podnosząc się od
stołu. Odstawił brudne naczynia i objął mnie, stając za moimi plecami. Poczułem
jego wargi na swojej szyi. Nie, tylko nie to… Błagam… - Co chciałbyś dziś
porobić?
Co za idiotyczne pytanie?!
Oczywiście, że pobawić się w strusia! Przyniosę sobie wiadro z piaskiem i schowam
w nim głowę, cholera!
- Może obejrzymy jakiś film? –
zaproponowałem wreszcie. W końcu lepsze to, niż po tym wszystkim iść z nim do
łóżka. Byłbym tak przerażony, że pewnie nawet by mi nie stanął. Co jeśli w
jakiś sposób się zorientuje? A jeśli mam jakieś znaczące zadrapanie, otarcie
albo – broń Boże! – malinkę?! Tom ma ich mnóstwo, uh…
- W porządku, więc wybierz coś, a ja
zrobię popcornu – stwierdził, po czym odsunął się ode mnie. Uff, może jakoś to
przeżyję.
Od tamtego czasu atmosfera w
mieszkaniu była jeszcze gorsza do zniesienia, głównie dlatego, że chociaż Bill
przestał chować się po kątach, a Andreas na mnie warczeć, to czarnowłosy starał
się za wszelką cenę ignorować moją obecność, a gdy już nie miał innego wyjścia,
jak na mnie spojrzeć, byłem przekonany, że to, co widzę w jego oczach to czysta
żałość. Cholera, on naprawdę żałował i traktował mnie teraz jak robaka.
Przesiadywał całymi dniami w salonie przed telewizorem i nie ruszał się stamtąd
do późnych godzin nocnych. Niby domyślałem się, czym był to spowodowane, ale
drażniło mnie to okropnie. Próbowałem z nim rozmawiać, ale bezczelnie odmawiał
współpracy. Jedyny plus to, że platynowy chłopiec jakimś cudem jeszcze się nie
zorientował…
- Wiesz, cieszę się, że wam już
przeszło – stwierdził któregoś dnia. Akurat miałem wychodzić, gdy mnie
zaczepił. Spojrzałem na niego dziwnie. Przeszło nam? Przecież piekło dopiero
się zaczęło! Po prostu jesteś ślepy jak kret i nie widzisz albo nie chcesz
widzieć! Grrr.
- Ta, ja też – mruknąłem cicho,
zerkając w stronę drzwi łazienkowych, za którymi bunkrował się Bill.
- Będziesz na kolacji? – zapytał
jeszcze Andreas, zanim wyszedłem. Skrzywiłem się. Jeszcze co?
- Nie, raczej nie – rzuciłem, po
czym zamknąłem za sobą drzwi mieszkania. Musiałem opuścić ten dom wariatów jak
najprędzej, zanim komuś stanie się krzywda. Na ten przykład, zanim po raz
kolejny uderzę głową w ścianę, usiłując nie myśleć o tej fajtłapie, która
namieszała mi w głowie.
Przez drzwi łazienki słyszałem
rozmowę mojego chłopaka z… jakby nie patrzeć „kochankiem” i aż się skrzywiłem.
Co za hipokryzja… Jakim cudem Andreas nic jeszcze nie zauważył? Nie docierało
to do mnie. Szczególnie, że od tamtego czasu nie dałem mu się nawet ruszyć!
Może kilka razy udało mu się skraść mi jakiegoś całusa, ale jak dla niego to i
tak był celibat. Niemniej, gdy tylko usłyszałem zamykające się drzwi
mieszkania, wylazłem ze swojego ukrycia. Cholerny, Tom! Nie wiem dlaczego, ale
za każdym razem, kiedy wychodził, bałem się, że się wyniesie. Rozumiecie to?
BAŁEM SIĘ! Powinienem mieć to przecież daleko w poważaniu! I wcale nie pomagała
mi wymówka, że platynowemu będzie przykro, że jego najlepszy kumpel się od
niego oddalił. W końcu coś wiedział, prawda? A skoro wiedział, na pewno nie był
z tego faktu zadowolony.
Biedny ja.
- Em… gdzie on? – mruknąłem z nieco
nietęgą miną. Pytałem o to chyba za każdym razem, gdy wychodził. Chłopak
spojrzał na mnie dziwnie i wzruszył ramionami.
- Nie prowadzę kroniki jego życia –
rzucił złośliwie i tym razem ja powtórzyłem jego gest. Cholera. Mogłem wyjść
wcześniej, widziałbym przynajmniej, czy wynosił ze sobą jakieś rzeczy. Przecież
nie zapytam Andreasa! Podejście do okna też byłoby teraz nico podejrzane. W
końcu nie zrobiłem nic. Poszedłem do kuchni pomóc chłopakowi w robieniu
kolacji.
Tom nie wrócił na noc. Właściwie nie
powinienem się tym przejmować. Często to robił. Wychodził ze znajomymi na
jakieś imprezy i pokazywał się nad ranem, zapewne tuż po tym, jak uciekł z
łóżka jakiejś panienki. Nie, żeby ten fakt mnie denerwował. Nie, no wcale! Nic
a nic! Cholerny erotoman…
Ale rano też nie wrócił. Nie odezwał
się też popołudniu, ani kolejnego dnia, a ja nie miałem nawet jego numeru!
Andreas w ogóle się tym nie przejął. Po co, prawda? Problem z głowy, pff.
Egoista. Na trzeci dzień dopiero zapytał, czy przypadkiem go nie widziałem, a
siedziałem całymi dniami w domu, chcąc się przekonać, czy nie zaglądał tu
choćby na chwilę – gdyby się okazało, że po prostu nas unika, chyba bym go
wykastrował… Oczywiście dredziarza nie było i wtedy dowiedziałem się, że
telefonów też nie odbiera. Miałem chęć go zabić… Jak on mógł mnie tak zostawić
na pastwę platynowego? Ile razy mam mu mówić, że boli mnie głowa albo źle się
czuję? Ten człowiek od urodzenia był niewyżyty, a taki celibat mu nie służył.
Ostatnio zrobił się nerwowy.
- Na pewno nic nie wiesz? – zapytał
wreszcie, gdy zamyśliłem się podczas rozmowy. Rzecz jasna usłyszałem tylko to
pytanie. Spojrzałem na niego nieprzytomnie i naprawdę cieszyłem się, że nie
jest żadnym mutantem, a w jego oczach nie ma laserów. Serum prawdy też by mnie
zabiło, więc w sumie i tak wolałbym szybką śmierć… Pokręciłem przecząco głową.
– Coś jest nie w porządku. Nie mówił mi, że wybiera się gdzieś na dłużej. –
Wzruszyłem ramionami. – Bill!
- C-co? – wydusiłem przerażony, gdy
mnie szturchnął.
- Gadaj, ale tu już. Ty coś wiesz,
jestem pewien!
- Nie wiem! Nie mówił mi, przecież
niewiele rozmawiamy! – wyrzuciłem z siebie, starając się unikać myślenia o
przeklętej kuchni.
- Coś się stało, tak? – zapytał, a
mi serce stanęło w miejscu. O, matko. Wie? Ale skąd?! Czy ten debil znów mu się
wygadał?! No, zabiję go! Zamorduję, niech tylko wróci do mieszkania! – Przecież
widzę, że chodzisz jak struty, gadaj!
- A-ale to nie tak! – wyrwałem
wreszcie i miałem ochotę palnąć się w łeb. Bill, zamknij się. Ani słowa więcej,
bo zaraz sam się wygadasz! Nie wolno się przyznać. Nie wolno!
- Co nie tak? – zapytał, jednak w
tej samej chwili zadzwonił jego telefon, a ja odetchnąłem z ulgą, gdy odbierał
połączenie. Uf… pora na ewakuację! Już zdążyłem zbliżyć się do drzwi pokoju
platynowego, gdy dotarło do mnie, do kogo zwraca się przez telefon. – Co? Tom,
mów wolniej. Skąd mam cię odebrać?… Aha, dobra. Jadę.
Stanąłem jak wryty i obserwowałem,
jak mój chłopak krząta się niespokojnie, szukając kluczyków od samochodu. Były
w jego pokoju, właściwie powinienem go o tym uświadomić, ale najpierw… No,
musiałem wiedzieć!
- Co jest? – zapytałem wreszcie.
- Tom jest w szpitalu, muszę po
niego pojechać.
Boże, Boże, Boże, nie! W mojej
głowie pojawiło się tysiąc przerażających wizji Toma podłączonego do jakiejś skomplikowanej aparatury. Całego w
gipsie, szwach, sińcach i bladego jak ściana. Co mogło mu się stać?!
Nie myślcie, że mogłem tak stać jak
debil i patrzeć, jak Andreas wychodzi. O, nie. Nie dałem żadną siłą zmusić się
do pozostania w mieszkaniu. Musiałem go zobaczyć, to chyba oczywiste? No…
właściwie nie bardzo. Przynajmniej dla platynowego. W końcu to był jego
przyjaciel, a ja byłem tylko lokatorem na gapę, ale chciałem go zobaczyć i
koniec! Wypchnąłem go za drzwi i zamknąłem je za nami.
Nosiło mnie w tym aucie i musiałem mocno
zagryzać wargi, żeby nie pozwolić sobie go poganiać. Ale jak można stać na
żółtym świetle, kiedy nic nie jechało?! WIĘC MÓGŁBY RUSZYĆ TĘ CHOLERNĄ DUPĘ I
DOJECHAĆ WRESZCIE NA MIEJSCE! Wciąż przecież nie wiedziałem, co się stało. Miał
wypadek? Ktoś go napadł? A może po prostu zachlał mordę i miał jakieś płukanie
żołądka?
Nie wiem, czy ucieszyłem się, czy
zawiodłem, widząc dredziarza siedzącego na korytarzu. Nie miał na sobie
szpitalnej piżamki, żadnych siniaków, gipsu… Nawet nie był brudny, czy
zmęczony. Po prostu siedział tam sobie i patrzył przed siebie. Czyżby już
wyzdrowiał?
- Co się stało? – jako pierwszy
odezwał się Andreas. Dopiero wtedy znajda spojrzała na nas i najwyraźniej
dziwiła się nieco moim widokiem. Aaa, ja się czerwienię, nie patrz! Odwróciłem
się. Nie patrz tak. Przestań się gapić, bo powiem to na głos!
- Em… mieliśmy małą imprezę za
miastem – stwierdził z głupią miną. – Wiesz, kilka urodzin pod rząd i
stwierdziliśmy… No, w każdym razie kumpel wsiadł w MÓJ samochód po pijaku –
stwierdził z cichym westchnieniem. – Jest nieprzytomny, ale nic mu nie będzie.
Gorzej z moim autem – dodał na koniec, krzywiąc się.
Kolory odeszły mi z twarzy. Ciężko
być mną. Świetnie. Martwiłem się, zrobiłem szopkę przed Andreasem, a on nie ma
nawet najmniejszego zadrapania! Zabiję go. Wydrapię mu te cholerne oczyska,
którymi tak na mnie patrzy, wtedy przynajmniej moje przejęcie sytuacją nie
wyjdzie na marne. Ty… bandyto, ty!
Poczekaliśmy jeszcze trochę, zanim
mój kolega doszedł do siebie i dało się z nim porozmawiać. Oczywiście
opieprzyłem go, że mi rozwalił samochód, dupek. Nawet nie wiedziałem, kiedy
zabrał mi te kluczyki! Ale krzyczałem tylko trochę, bo nie mogłem się skupić.
Od kiedy zobaczyłem na korytarzu białego jak ściana z wyróżniającymi się na tym
tle czerwonymi policzkami czarnowłosego, nie mogłem zebrać myśli. To jest
dopiero bezczelność. Człowiek wyjeżdża, żeby chlać przez tydzień czasu, dobrze
się bawić i zapomnieć, że w jego mieszkaniu czeka pewna zgrabna męska dupa, a
ten pojawia się niespodziewanie, chociaż wcale go nie zapraszałem. Po cholerę
Andreas go ze sobą zabierał?!
Ale gdybyście widzieli, jak on
wyglądał wtedy w moich oczach, mrr… Znaczy, no. Nieźle. Całkiem smacznie. Oblizywałem
się na samą myśl. Mój kumpel chyba uznał to za oznakę głodu i zmęczenia, więc
stwierdził, że mogę już spadać. No, to zwinęliśmy się z chłopakami do
mieszkania. Przynajmniej ja i Andreas. Kontynuacja imprezy została przełożona
na okres, gdy nasz pijany kierowca dojdzie do siebie. No i mieliśmy dojechać na
miejsce jakimś autobusem, żeby przypadkiem nikogo znów nie korciło. Moje
kochane autko…
W mieszkaniu wszystko znów
wyglądało, jak przed moim wyjazdem. Przynajmniej do czasu, gdy mój przyjaciel
rzucił we mnie jakąś szklanką, drąc się na mnie, że nic mu nie powiedziałem, że
tak długo mnie nie będzie i jeszcze miałem czelność straszyć go, wzywając do
szpitala. Rzecz jasna szkło walało się po całym salonie, nie wspominając o
uszkodzeniu telewizora, który wprawdzie dalej działał, ale wyglądał, jakby
przetrwał tornado. Oczywiście wszystko za sprawą mojego refleksu, bo dwa razy
zdołałem się uchylić. Trzecią szklanką oberwałem w ramię. Czwartą Andreas nie
zdążył rzucić, bo czarnowłosy wpadł do mieszkania i porzucając zakupy, złapał
go za ręce.
- Odbiło ci?! Możesz mu coś zrobić!
– wykrzyczał, wyrywając mu z rąk szkło. Uh, to były moje ulubione szklanki. Do
drinków szczególnie. Platynowemu jednak to jeszcze bardziej się nie spodobało,
bo rzucił mu tylko dzikie spojrzenie.
- I bardzo dobrze! Będzie mógł
dotrzymać towarzystwa koledze w szpitalu!
- Andro, no, daj spokój – rzuciłem,
uśmiechając się głupawo. Szkło trzeciej szklanki jakimś cudem się nie rozbiło,
więc najwyraźniej nie jestem taki twardy, jak myślałem. Szkoda. Poza tym
piekielnie bolało, więc rozglądałem się za jakąś dobrą kryjówką. – Po prostu
całkiem zapomniałem ci powiedzieć.
- Nie odbierałeś telefonu!
- Byłem pijany? – mruknąłem,
próbując go bardziej nie prowokować. Jakiś taki nerwowy się zrobił. Ciekawe
dlaczego? Zerknąłem na Billa i zapominając na chwilę o całej sprawie, uniosłem
z zastanowieniem jedną brew. Chyba mu nie powiedział?
- I tak ci się należy, draniu.
Dobrze o tym wiesz! – wykrzyczał, zaciskając wściekle dłonie w pięści. Tak,
jasne. Wiem, że poradziłbym sobie z tym chucherkiem bez problemów, ale z
doświadczenia wiem, że platynowy chłopiec mocno się rzuca, a nie chciałem mu
przypadkiem zrobić krzywdy (w przeciwieństwie do niego), więc wolałem trzymać
się na dystans. Niemniej spojrzałem zaskoczony na Billa, który zdawał się
zdrętwieć na jego słowa. No, mnie też się nie podobały.
- Że niby za co…? – zapytałem
ostrożnie. To chyba był odpowiedni moment, żeby zacząć wycofywać się w stronę
mojej sypialni. Już widziałem w wyobraźni nożyce ogrodowe w jego rękach. Bez
względu na to, skąd by je wziął, miałem wrażenie, że nie byłbym w stanie go
skutecznie powstrzymać. Cholera. – Andreas, uspokój się. Ponosi cię, naprawdę.
- Jakoś nie mam zamiaru i wiesz, co?
Coraz częściej myślę, że nie powinniśmy dłużej razem mieszkać – oznajmił, po
czym ciągnąc za sobą czarnowłosego, udał się do swojego pokoju. Zdążyłem tylko
zobaczyć zaskoczenie na twarzy Billa. Sam musiałem mieć równie nieciekawą minę.
Oj, to stanowczo nie podążało w odpowiednim kierunku. Najgorsza jednak i tak
była nieświadomość, za co jest na mnie tak cięty. Tego, że nie chodziło tylko o
moją kilkudniową nieobecność, byłem bardziej pewny niż tego, żem Tom Kaulitz i
pieprzyłem w kuchni jego chłopaka. Pozostawało pytanie, czy faktycznie się
kapnął?
Nie wiem, który z naszej trójki był
najbardziej zaskoczony słowami mojego chłopaka, ale kiedy patrzyłem na niego
wielkimi oczyma, gdy zaciągnął mnie za sobą do pokoju, jego mina sama mówiła,
że nie jest w stanie uwierzyć w to, co powiedział. Przez chwilę chciałem
obrócić całą sytuację w żart, bo atmosfera zrobiła się już chyba gęstsza od
smoły i ledwie mogłem się ruszać pod jej naporem. Potem jednak zobaczyłem, jak
Andreas zaciska dłonie w pięści i coś błyszczy mu się na policzku, a to naprawdę
już nie mieściło mi się w głowie. Nie spodziewałem się, że ludzie tacy jak on
potrafią płakać. Wcale nie twierdzę, że jest on złym człowiekiem, ale akurat u
platynowego wściekłość zwykle objawiała się destrukcją, a nie użalaniem się nad
sobą. A on… po prostu płakał.
- Hej, w porządku? – zapytałem
ostrożnie, siadając blisko niego na łóżku.
- Nie, Bill. Nie jest w porządku.
Jak mogłoby być w porządku, skoro prawie wyrzuciłem z mieszkania swojego
najlepszego przyjaciela?! – rzucił wściekle w moim kierunku. Aż odsunąłem się
od niego mimowolnie. Kurczaczek, to nie wyglądało dobrze. Najgorsze było to, że
sam nie miałem pojęcia, co konkretnie Andreas ma przeciw Tomowi i nie byłem w
stanie nic z tym zrobić. Wiedziałem tylko, co powinien, ale z drugiej strony z
tego on raczej nie mógł zdawać sobie sprawy. Siedziałem więc obok zmieszany,
tylko przyglądając mu się ostrożnie.
- Może po prostu porozmawiajcie? Nie
wiem, o co chodzi, ale… - urwałem, widząc jego wściekłe spojrzenie. Ojć, chyba
jednak przegiąłem z udawaniem durnia. Wyprostował się i miałem wrażenie, że
zaraz przebije mnie włócznią, która wypadnie z jego oczu. Matko, on naprawdę
był na mnie wściekły. A może… może to tylko żal? Ej, nie… To chyba wolałem,
żeby chciał mnie zabić. Nie zniósłbym tego, gdyby przez mnie cierpiał. – Andro…
to… rozumiesz, nic takiego… Oh, co mam ci powiedzieć? – wydusiłem z siebie
wreszcie, czując już niemal jak gruby sznur wiszący przy suficie owija mi się
wokół szyi. Nic tylko czekać, aż ktoś wykopie spode mnie krzesełko.
- Już po fakcie, prawda? – zapytał
po chwili, a mnie w tamtej chwili przydałaby się karetka albo przynajmniej ktoś
znający się na pierwszej pomocy. Jeśli nie dostałem zawału, to mój facet i tak
zaraz mnie skrzywdzi. Za co? Za jakie grzechy? Już więcej go nie zdradzę,
przysięgam! – Powiedział ci – rzucił znowu, a ja zdębiałem. – Wiedziałem, że
wreszcie się dowiesz. I co? Teraz… teraz będziesz się o niego martwił i
traktował go jak jajko, bo przechodzi ciężki okres, tak? To nie w porządku,
Bill. Naprawdę nie w porządku.
Ale wiecie? Tak naprawdę to nie
miałem pojęcia, o czym on mówi. Powiedział mi? Pewnie Tom, ale co takiego?
Wpatrywałem się w platynowego, jakby co najmniej obwieścił mi właśnie nadejście
mesjasza, szukając w pamięci, o czym to
ostatnio rozmawiałem z dredziarzem. Ach, tak. Ostatnio, zanim TO się stało, przyznał
mi się, że zaczęli mu się podobać faceci. A właściwie to jeden, ja. Przełknąłem
nerwowo ślinę.
- No… jakby… - dukałem nieskładnie.
Zastanawiałem się, czy przypadkiem nie kopię w ten sposób grobu Tomowi, ale co
miałem teraz zrobić? Andro i tak już wiedział. – Wiem, że mu się podobam… - wyrzuciłem
z siebie z prędkością światła. I ani trochę wolnej, przysięgam, że sam nie
zrozumiałbym z tego ani słowa!
- Tak, jasne. I teraz przez to, że
ten kretyn się w tobie podkochuje, nawet nie pozwalasz mi się tknąć. To ma być
fair? Niby dla kogo? Dla niego, bo będzie zazdrosny?! A nikt nie pomyśli, co ja
czuję? Nie dość, że na mnie nigdy nie raczył nawet spojrzeć w ten sposób, to
jeszcze mam przez niego przechodzić celibat? Nie zgadzam się na to, Bill. To
się zmieni albo Tom będzie musiał się wyprowadzić.
Patrzyłem na niego z
niedowierzaniem. Tia, więc to jednak tutaj go boli. Tylko jakie, do cholery
ciasnej, „podkochuje się”?! Dobra, pieprzyliśmy się jak dzikie króliki, ale to
jeszcze o niczym nie świadczy, prawda?…
Szczególnie to, że jestem JEDYNYM
facetem, który mu się podoba.
Ale to nie mogła być prawda. W
żadnym wypadku. Tom nic takiego nie powiedział. To, że chciał mnie pożreć, nie
znaczy, że wiążą się z tym jakiekolwiek głębsze uczucia. Cholera, chyba znów
przestałem oddychać. A jeśli? Czy to w ogóle możliwe? Chyba zaraz zemdleję…
- Bill? Ej? Bill! Bi…!
O. Em. Gie.
OdpowiedzUsuńWięcej z siebie nie wyduszę, oesu:O
hahah rozbawiło mnie to trochę, ale ten odcinek był świetny! oczywiście czekam na następny. dodawaj jak najszybciej. ;-)
OdpowiedzUsuńHahaha... Powaliłaś, dziewczyno.
OdpowiedzUsuń"Co za idiotyczne pytanie?! Oczywiście, że pobawić się w strusia! Przyniosę sobie wiadro z piaskiem i schowam w nim głowę, cholera!"
OMG! XD Kocham ten fragment i to, że Bill nazywa Toma bandytą. :D
Końcówka też zabójcza. Biedny, niedomyślny Bill...
Zdrówka i weny, moja droga :*
Ri
Mnie troszeczkę też zatkało... Ale robi się coraz ciekawiej! :D
OdpowiedzUsuńCzekam na 10 rozdział <3
Andreas naprawdę jest ślepy. Nie wiem jak to robi i jak bardzo musi się starać, żeby wymyślać te wszystkie pseudo wytłumaczenia zachowań chłopaków. Ale ich zżera stres i w końcu wszystko sami wypaplają. Tak czuję.
OdpowiedzUsuńFajny odcinek. :)
A nastrój owszem, iście sesyjny. Na szczęście tylko mój, a nie twojego opowiadania. ;)
Czekam niecierpliwie na kolejną notkę od ciebie *u*
OdpowiedzUsuńKOCHAMCIĘDAJMIWIĘCEJJACHCĘ.
No. To tyle *kłania się*
OMG, to było... TO BYŁO CUDOWNE *.*
OdpowiedzUsuńBiedny Billy, aż zemdlał z nadmiaru emocji xD Jestem ciekawa co się stanie jeśli Bill i Tom znów jakimścudem zostaną sam na sam :D
Pisz szybko kolejną notkę <3
Przeczytane :D Jakkolwiek to głupio zabrzmi, jak bardzo boli głowa i piszę to na serio, bardzo pomaga uciskanie dużego kciuka u stóp... co do odcinka jak zwykle rewelka :D Muszę nadrobić one-shoty i cóż, też się cieszę, że jesteś <3
OdpowiedzUsuńHmmm...nie wiem od czego zacząć...9 rozdział jest po prostu świetny !!! Muszę przyznać że "Lokator na gapę" to zdecydowanie moje najukochańsze opowiadanie z wszystkich twincestów jakie czytam w tej chwili ♥ (a jest ich trochę :P ) Uwielbiam Twój styl pisania i gdyby to opowiadanie ukazało się w postaci książki :) na pewno pochłonęłabym je w jeden wieczór ♥ Mam ogromną nadzieje ,że 10 rozdział pojawi się jak najszybciej :P A jak na razie wracaj do zdrowia i pisz jak najwięcej bo masz ogromny talent :) Pozdrawiam cieplutko ♥
OdpowiedzUsuńLILU
No w końcu! Ile można czekać... chociaż na tak dobry odcinek to mogłabym czekać jeszcze i jeszcze
OdpowiedzUsuńJak Andreas powiedział, że jest "Już po fakcie" to myślałam, że serio się domyślił.... Jery, ale się przestraszyłam. No a Bill z nerwów zemdlał. Nie dziwię się mu. Taki natłok emocji...
Pozdrawiam!
O boże zapomniałam spokomentować O.O
OdpowiedzUsuńPrzepraszam..
Notka boska pozdrawia, :*!